
lisa
PAROSTATEK
Parostatek
Adama poznałem w gdzieś koło roku 2003, poszukiwałem wówczas kogoś kto wyprodukuje małe zbiorniki ciśnieniowe. Pamiętam jego biuro z wielkim wydrukowanym kotłem parowym.
Ja byłem wówczas młodym szczawikiem i trochę mu zazdrościłem inżynier z prawdziwego zdarzenia ze swoją firmą. Potem nasze drogi zaczęły się przeplatać i poznawaliśmy się coraz bardziej.



Zawsze miał odważne i szalone pomysły, ale też i przemyślane - tak jak zakup łodzi żaglowej w Szwecji podczas szalejącej pandemii Corona virusa. Tak zaczęła się nasza wspólna przygoda z wodą. Trochę to było szalone ale się udało – Neptun sprzyjał i przepłynęliśmy jego nowym nabytkiem z okolic Sztokholmu do Łeby.
Jednak pewnego dnia mnie zaskoczył - był to chyba 2023 – powiedział, że chce zbudować parostatek i czy mu w tym trochę pomogę. W sumie czemu by nie – plan był ogólnie prosty – potrzebne 3 rzeczy – łódź, silnik i kocioł.
Kocioł i leżakował u niego w trawie na placu firmy, miał być właśnie do parostatku, który budował szkutnik z Chałup. Ów szkutnik zakupił również silnik parowy. Jednak skomplikowane procedury prawne i problemy z tym związane zniweczyły plany zbudowania parostatku, który miał wozić turystów po Zatoce Gdańskiej. Książe Xavery otrzymał w końcu silnik diesla – i dumnie pływa po zatoce.
Kocioł


Silnik - YORK STEAM ENGINE:
Pojechaliśmy obejrzeć silnik – hmm co ja wiem o silnikach parowych – tylko tyle, że istnieją, ale pojadę obejrzeć. Przed nami stało klika skrzynek z odlewami z żeliwa i brązu – wszystko to były surówki. Są też plany silnika – wszystko w pogańskich jednostkach (amerykańskich). Adam zabrał się za przeliczanie jednostek a ja za poszukiwanie firmy która chciał by pomóc w obróbce – i tak 3 drewniane skrzynki trafiły do firmy Marti-Met koło Słupska.
Adam w tym czasie sprawdził też kocioł parowy
– udało się wyprodukować pierwszą parę
– Jest kocioł jest paliwo 😊
– silnik gdzieś tam się obrabia
– jednak nadal brakuje najważniejszego
– na czym to zamontować?
łódź
Poszukiwania łodzi trwały oczywiście od początku – na czym to zamontować? Adam chciał stal lub aluminium – tak aby „łatwo” się to przerabiało. Dzięki kolegom z Sailforum udało mi się trafić na starą aluminiową szalupę.
Wyglądała całkiem Ciekawie – tylko że właściciel był dość specyficzny – nie odbierał telefonów ani maili i zanim udało się spotkać z nim na żywo łódka została sprzedana…..
Poszukiwania trwały dalej – Adam stwierdził, że przywiezie łódkę ze Szwecji i przysłał mi ogłoszenie – aby nawiązać kontakt. Łódka była drewniana – jedna z konstrukcji Petterssona i miła ponad 100 lat… Jak na pierwszy rzut oka ze zdjęć wyglądała tak sobie. Łódkę sprzedawała córka właściciela który zmarł. Adam się trochę zaparł i stwierdził, że trzeba pojechać i obejrzeć. No to co – samolot do Goeteborga i w drogę w kilka godzin byliśmy w porcie.


Mi wystarczyło 5 min oglądania i wiedziałem, że to jest to – to jedna z tych łódek, w których się człowiek zakochuje od pierwszego wejścia na pokład - a ta na domiar wszystkiego była bardzo dobrze utrzymana. Jej wnętrze to istne muzeum – w pozytywnym znaczeniu – od starego pieca po stare echosondy.
Super zadbana przez poprzedniego właściciela, który oprócz swojego czasu poświęcił jej też swoje serce.
Adam dobił targu i Inga-Lisa zmieniła właściciela – łódź przez wakacje jeszcze miała pozostać w SE. Dla jednej strony to był czas na zorganizowanie transportu i przemyśleń co dalej, a dla drugiej strony czas na pożegnanie się - tak jak by z częścią rodziny – w końcu chyba czymś takim staje się łódka, która jest w rodzinie około 80 lat….
Pierwsza wersja obejmowała zwiezienie łodzi ciężarówką i zorganizowanie dźwigu na miejscu, wszystkim miała się zając poprzednia właścicielka. Jednak przez wakacje Adam postanowił zakupić uprawnienia i kupić przyczepę podłodziową – stwierdził że i tak będzie mu potrzebna bo na czymś trzeba ją trzymać. No i mogliśmy pojechać sumie popłynąć promem po łódkę. Tak też uczyniliśmy. We wrześniu, wraz z Adamem i jego bratem udaliśmy się krótką podróż, aby przetransportować ostatni „fragment” parostatku.
Podróż nocnym promem do Karlskrony - odbyła się bez problemów – pogoda dopisywała w zasadzie sielanka – prom troszeczkę już zużyty ale i tak jego rozmiary na mnie robiły wrażenie - około 100 TIR na pokładzie :D Jako jadący „frachtem” – przyczepa 10m - mieliśmy w cenie kolacyjkę w restauracji dla „trackerów”.
W drzwiach Pan, który przypominał budową ciała Pudziana sprawdzał nasze wejściówki i zapraszał do środka. Przypomniał mi się film „Over the Top” ze Stallone i te knajpy dla kierowców ciężarówek – jedzenie proste, ale smaczne nakładał miły Pan i nie pozwalał niczego samemu dotknąć. Po zjedzeniu trzeba było po sobie „posprzątać segregując odpadki do odpowiednich pojemników. W sumie obok była inna restauracja gdzie były płatne posiłki – jak dla mnie łatwiej by było posiadać 2 karty dań – jedną płatną a jedną „w cenie biletu”. No cóż ktoś to tak wymyślił. Całość tworzyła trochę śmieszny ale przyjemny klimat.


Cała droga samochodem z niemałą przyczepą do portu gdzie cumowała Inga-Lisa przebiegła bez najmniejszych problemów - podziwialiśmy krajobrazy Szwecji – by po kilku godzinach spokojnej jazdy znaleźć się na miejscu. Był nawet czas na małe zakupy.
Wraz z właścicielka – Lindą - zrobiliśmy mały rejs po zatoce oraz przeszliśmy szybki kurs połowu makreli – w kilkanaście minut - 3 szt zostały wyjęte z wody i wypatroszone w kilkanaście sekund przez Lindę – miała w tym niesamowitą wprawę. Nawet się nie obejrzeliśmy kiedy nastał wieczór i wróciliśmy do portu.
Zostaliśmy zaproszeni na kolację do domu Lindy – gdzie między innymi zjedliśmy owe makrele. Na noc wróciłem na łódkę – chciałem zobaczyć jak się śpi na 100 letniej drewnianej 10m łodzi. A spało się bardzo dobrze. Przed snem zrobiłem jeszcze spacer po marinie i plaży gdzie można było spotkać w środku nocy kilku nagich chłopaków korzystających z sauny i …. sikających z nabrzeża do wody – i to przy łodzi gdzie kładłem się spać .
Kolejny dzień to było oczekiwanie na „Sublifter” - taki zdalnie sterowany mini podnośnik z 4 słupami, który wjeżdżał do wody po slipie i unosił łódkę na pasach następnie wyjeżdżał z nią na stanowisko mycia a następnie najeżdżał na przyczepę i tam opuszczał łódkę.
„Dzwigowy” chyba mnie miał za dużej wprawy – gdyż utknął na progu slipu i robił kilka razy manewry aby wyjechać łodzią po slipie. Później się okazało że nie rozstawił odpowiednio szerokości podnośnika i nie mógł najechać na przyczepę… czas nam uciekał – bilety mieliśmy już kupione na wieczorny prom – nie było za dużo czasu, robiło się nerwowo.
Na szczęście po kilku manewrach i podparciu częściowym łodzi na przyczepie udało się odciążyć przenośnik odpowiednio go rozstawić - najechać na przyczepę oraz opuścić bezpiecznie Ingę-Lise na przyczepę.
Po zasztauowaniu łodzi na przyczepie i zdemontowaniu wszystkiego co odstawało lub mogło się urwać podczas jazdy, wyruszyliśmy w drogę powrotną.
Adam i jego brat mieli pewnie trochę stracha – oboje po raz pierwszy jechali z tak długim i ciężkim ładunkiem na przyczepie – mi nie było dane prowadzić – brak uprawnień . Po drodze małe postoje na sprawdzenie mocowań łodzi i czas na mały lunch. Jechaliśmy dalej prosto na prom do Gdyni – no musieliśmy zahaczyć o Biltemę – szkoda że u nas nie ma takich sklepów. Podróż promem przebiegła bez najmniejszych problemów – na szczęście - Neptun nas nie zaczepiał, prom był jednym z tych nowszych – standard bez porównania wyższy niż poprzedniego.
Kolejnego dnia z rana zjechaliśmy z promu i udaliśmy się na plac gdzie Inga-lisa została przygotowana na zimę. Została gruntownie wysprzątana, Adam zabrał z niej wszystko co było możliwe do zabrania, na koniec została sprawdzona przez szkutnika i przewieziona do hangaru, gdzie czeka na dalsze prace zaplanowane wiosnę…
CDN…

Rejs 30.07.2026 - 02.08.2026
Gdańsk ➡️ Jezioro Jeziorak

Zdjęcia


























